PDA

Zobacz pełną wersję : "Cała jaskrawość". E Stachura. cz I



Anonymous
08-07-05, 19:30
Napiszcie czy chcecie tego więcej. Po co dyskutować o literaturze - lepiej ją udostępniać. Zaczynamy:



Tak się zaczyna to, co nie wiem, to czego dalsze losy mi nie znane, bo jak mogę wiedzieć? Skąd mogę wiedzieć? Jakim cudem mam wiedzieć, jak to wszystko dalej i jeszcze dalej się potoczy. Rodzaju nijakiego widzę użyłem: to. To dobrze chyba. Chyba napewno dobrze. I myślę, że w ogóle dobry, najlepszy jest rodzaj nijaki jako wszelki początek. Bardzo ładnie nic za nim nie widać, tak, jak nie widać do końca wielkiej wody, która stoi na brzegu.

Pod ów czas trafiła nam się okazjonalna robota. Z ust do ust, tradycją nie pisaną, pieśnią gminną doszła nas wieść, że pobiskie słynne uzdrowisko zamierza oczyścić i pogłębić fatalnie zamulony staw w parku zdrojowym. Zgłosiliśmy sie z Witkiem w biurze dyrekcji i po wysłuchaniu zwanych warunków zostaliśmy przyjęci.

Staw był dwuczęściowy. Dwubasenowy. Dwukołowy jak cyfra osiem. Na styku był przerzucony mostek. Bajkowy. Taki rusałkowy, wierna rekontrukcja tych w paradisie mostków nad czystymi wodami. Taki łagodnie wchodząco-schodzący. Spięty balustradami na których opierając sie kuracjusze w letnim sezonie karmili łabędzie i japońskie kaczki. Baseny były conajmniej nierówne. Jeden większy drugi mniejszy. Ten większy mieli oczyszczać koparką. Dlaczego przy okazji nie mogliby oczyścić tą sama koparka mniejszego basenu, tego nie wiem. Może się bali o egzotyczne krzewy? Mozliwe. Tak więc naszymi szpadlami kopaliśmy w tym mniejszym, który wysuszono przy pomocy pompy.


CDN.....

Aneta (Wiosna)
08-07-05, 20:15
Bez wódki ..nie wchodzi :cry:
Jak dla mnie Stachura istnieje jedynie jako tekściarz piosenek. To lubię :wink: ... w zestawie z piwem i gitarą


Po co dyskutować o literaturze - lepiej ją udostępniać.
Pomysł bombowy.Gram w to :lol:

Anonymous
08-07-05, 20:41
Po co dyskutować o literaturze - lepiej ją udostępniać.
Pomysł bombowy.Gram w to :lol:

Następna część, będzie jeszcze w tym wątku więc monitoruj :-)

shrew
08-07-05, 21:11
zdecydowanie trzeba cos wypic przed czytaniem tego :-)

Anonymous
08-07-05, 21:24
A mi się podoba na trzeźwo :-)

Swoją droga uważam, ze sprowadzanie Stachury wyłącznie do tekstów piosenek (skądinąd świetnych) jest krzywdzące dla tego autora. Ja bardzo lubię jego prozę i poematy. Niby taki ot, polski turpizm, ale moim zdaniem jest w nim coś niesamowicie mistycznego. Poza tym lubie te stachurowskie zabawy słowno-pojęciowe.

A w sumie to nie daję gwarancji, ze cała jaskrawośc nie była pisana po pijaku. No nic. Jutro, w tym wątku, kolejne 3 akapity.
______________________
Wysłany 08 Lip 2005 - 22:27
Post scalony autoamtycznie - edytuj swoje posty - opcja zmień

Przy okazji - podoba mi się twoja strona Patrycjo :-)

shrew
08-07-05, 21:38
Ja nie mowie, ze mi sie nie podoba. Tylko w tworczosci pewnych ludzi trzeba psozukac glebi. I ta glebia jest jak sie wypije. A to dlatego, ze sami za tzrezwi nie byli piszac to, wiec niejako nalezy zlizyc sie do autora, do jego stanu i wtedy mozna dojrzec cos jeszcze. A potem jeszcze na trzezwo. I tak to mniej wiecej wyglada, jak cos za peirwszym razem mi nie podchodzi ;-)

Ale czekam na kolejne fragmenty.

Co do strony - dziekuje. Wlasnie robi sie nowa szata. Jeszzce w te wakacje bedzie nowa. A wtedy chyba padniesz ;-)

Aneta (Wiosna)
08-07-05, 23:44
Niech to będą nasze Lapidaria :wink:


Bo słowo lapidarium to właśnie oznacza - fragment. To jest taka część muzeum we wszystkich wielkich muzeach świata, tam gdzie gromadzi się zbiory z różnych epok, w tym z epoki starożytności. Jest tam zazwyczaj taki dziedziniec, na którym kładzie się wszystkie szczątki, fragmenty starożytnych rzeźb i płaskorzeźb, starożytnych dzieł w kamieniu, które już nie są całością. Jakiś fragment ręki z jakieś rzeźby, jakiś fragment tułowia, głowy. Z jednej strony nie możemy tego wystawiać w salach muzealnych, bo to nie jest to co chcielibyśmy wystawiać, ale z drugiej strony szkoda tego wyrzucać, szkoda żeby to gdzieś przepadło. Te właśnie miejsca nazywają się w języku muzealników lapidariami. Ryszard Kapusciński

"Lapidaria" to są właśnie takie fragmenty myśli, refleksji, z których nie dało się wyrzeźbić całej postaci. Ale są to fragmenty poszukiwania jakieś idei, myśli, a czasami to nawet nie wiemy poszukiwania czego.

Ojcem chrzestnym :lol: mógłby być:
cytowany Ryszard Kapusciński a moją "cegiełką na poczatek" Lapidarium Vhttp://www.merlin.com.pl/images/6/83-07-02977-5.jpg



Temat ten nasunęło mi moje reporterskie doświadczenie. Blisko pół wieku podróżuję po świecie, czas więc sumować wrażenia z tych wędrówek.
Banalne jest stwierdzenie, że świat jest różnorodny, a przecież od tego trzeba zacząć, ponieważ owa różnorodność jest konstytutywną cechą naszej rodziny człowieczej, cechą pomimo upływu tysięcy lat - niezmienną.
Jednakże, mimo tej rzucającej się w oczy różnorodności, właśnie jej zrozumienie i akceptacja napotykają stały opór rozumu ludzkiego. Nasz rozum przejawia tendencje apodyktyczne, unifikujące, domaga się, aby wszędzie i wszystko było tożsame i jednorodne, aby liczyła się tylko nasza kultura, nasze wartości, które - bez pytania innych o zdanie - uznajemy za jedynie doskonałe i uniwersalne.
I w tym tkwi wielka sprzeczność świata - sprzeczność między jego faktyczną, obiektywnie istniejącą różnorodnością a upartym dążeniem umysłu ludzkiego do zastąpienia jej przez wizję świata zunifikowanego, bezdyskusyjnie homogenicznego. Ileż konfliktów - w tym i najbardziej krwawych, miało swoje korzenie w owej nie dającej się pogodzić sprzeczności
***
Ewa Garlik, która od pół roku mieszka i pracuje w Londynie, opowiada mi swoje wrażenia:
Londyn - ogromny, bez granic. Przytłaczające odległości. Ewa jedzie do pracy godzinę, ale zna takich, którzy w jedną stronę jeżdżą dwie godziny i dłużej: codziennie, niemal połowa dnia w kolejkach dojazdowych, metrze, autobusach. W monotonnym stukocie kół, wśród twarzy obojętnych, zmęczonych, w tłumie, który kolebie się rytmicznie, monotonnie, biernie, miesiącami, latami. Jak to wpływa na myślenie człowieka, na jego wrażliwość, żywotność, energię? Wszyscy stłoczeni, do siebie przyciśnięci, wszyscy tuż obok, czując ciepło innych, a jednak sobie obcy, siebie nieciekawi, nawet jedno drugiemu niechętne. Gdzieś tam globalizacje i internety, czyli niby wspólnoty i zbliżenia, w rzeczywistości ich pozór, bo kiedy człowiek naprawdę spotyka człowieka cieleśnie, fizycznie, oko w oko, odzywa się w nim inność, odzywa obcość, czuje, że coś go odrzuca.

Anonymous
09-07-05, 18:47
Jedziemy dalej...



W drugim większym basenie stało natomiast trochę wody. W paru miejscach widać było, jak długo- i gęstorosły muł podchodził pod samą powierzchnię ledwo falującej tafli. Na takiej to nędznej płyciźnie usiłował pławić się biały, ogromny niemy łabędź. Żal się robiło patrząc. Wielki wodny ptak męczył się w tym powiększonym akwarium. Potykał się nogami o płytkie dno, wpadał wyniosłą piersią na błotniste mielizny, nie miał jak i gdzie zanurzyć swojej długiej szyi, nie mógł rozwinąć szerokich skrzydeł i bijąc nimi unieść się po wodzie w pełnej świetności i wolności całego gatunku i osobnego osobnika.

Ten łabędź. Nie wiedziałem że tak szybko i niespodziewanie wydarzy się taka okazja. Z której mógłbym skorzystać, gdybym chciał mówić o tych sprawach. Ten łabędź. Od niego jak od iskry odchodząc mógłbym zacząć mówić o rzeczach tak skomplikowanych, że nigdy chyba nie będą proste. Wystarczyłoby tylko porównać los tutaj ptaka do losu tutaj człowieka i po tym juz tylko o tym w górę i w dół. Ale nie zrobię tego. Zbyt łatwa jest ta wspaniała okazja. Nie skorzystam z niej.


CDN...

Aneta (Wiosna)
09-07-05, 23:09
Ten łabędź. Od niego jak od iskry odchodząc mógłbym zacząć mówić o rzeczach tak skomplikowanych, że nigdy chyba nie będą proste. Wystarczyłoby tylko porównać los tutaj ptaka do losu tutaj człowieka i po tym juz tylko o tym w górę i w dół. Ale nie zrobię tego. Zbyt łatwa jest ta wspaniała okazja. Nie skorzystam z niej.

OOOO.. zaczyna się robić ciekawiej :wink:

Anonymous
10-07-05, 19:26
Jedziemy dalej



Kopaliśmy wyrzucająć ciężarny muł na niski brzeg. Robota to była troche archeologiczna. Coraz to wydobywaliśmy coś na światło. Jakieś kamienie, butelki, pudełka po konserwach, zardzewiałą taśmę nabojową, zgniłe rozmwaite buty, pepegi, jedną damską szpilkę, lewy meski but z cholewką na grubej gumowej podeszwie, czyli tzw. traktor albo pepanc. Każdy z tych przedmiotów miał napewno swoją, jeśli nie starożytną to nowożytną historię. Bardzo to wszystko było przejmujące. I aż mnie dreszcz przechodzi kiedy pomyślę, co by to było, gdybyśmy byli wtedy z tymi co kopali w pokładach torfu jutlandzkiegoi wykopali trumnę wyciosaną z dębowego pnia i, gdy odkryli wieko ujrzeli leżąćą w niej dziewczynkę, nienaruszona nic przez dwa tysiące lat, na jej piersiach spoczywający zasuszony kwiat goździka, Moglibyśmy w pierwszej chwili nie ustać na nogach z dziewiczego wrażenia.

Trafiłem znowu szpadlem na jakąś szmatę. Ciągnęł się cieżko oblepiona czarnym mułem jak klejnot biżuterii opatulony w ochronną watę. Wydostałem ją wreszcie, wziałem w rękę i zaczałem oglądać. Było to coś w rodzaju krótkiej męskiej bluzy. Ktoś ją kiedyś nosił. W kieszeni na piersiach trzymał może ważne papiery, dokumenty, albo listy miłosne, albo notes z adresami, taki sam może, jaki ja niedawno wyrzuciłem z mostu do rzeki nieopisanym ruchem.

Spojrzałem jeszcze raz na trzymaną w ręku szmatę i nieopisanie wyrzuciłem ja na brzeg.

- Zapalimy - powiedziałem.
- Zapalimy - powtórzył Witek.



Sory za literówki, mało czasu dzisiaj miałem.

Aneta (Wiosna)
12-07-05, 22:43
Kolejna cegiełka

http://www.teatr.win.pl/zdjecia/tworcy/grotowski.gifJerzy Grotowski (http://www.teatr.win.pl/tworcy/grotowski.htm) dla jednych największy reformator współczesnego teatru dla innych szarlatan, robiacy "pranie mózgu" adeptom Teatru Laboratorium,niczym guru tajemniczej sekty.
Bronisław Wildstein (Mistrz)próbuje przewietrzyć "skansen dla wtajemniczonych" , w którym "zaduch panuje okropny"http://www.independent.pl/teksty/nowe/w/wildstein_mistrzs.jpg


- Cudownie, żeś znalazł tego rosyjskiego proroka... dobrze, niech będzie, polskiego... rozumiem, że znajdziesz go. Wiesz, pamiętam, jak przybył tu... Kiedy to było, dwadzieścia? Dwadzieścia pięć lat temu? Trzeba było mieć specjalne zaproszenie, aby dostać się na jego spektakl... Na jego gusła. Trzy spektakle, coś koło trzydziestu miejsc na jednym... na cały Nowy Jork. Szalałem, żeby znaleźć się między wybranymi i nie udało mi się. Byłem jeszcze młody, a to było takie wyróżnienie.
***
-Kiedy poznałem go, byłem na dnie. Wiedziałem już, że nie skończę szkoły. Piłem bez przerwy. Nie wyobrażałem sobie dnia bez alkoholu. Może dlatego, że nie wyobrażałem sobie życia bez grania. Życie przeżyć można, tylko ukrywając się przed nim w nieskończonej liczbie wcieleń - tak to wtedy czułem chyba. A drzwi teatru zatrzasnęły się przede mną. Zatrzasnęli je starzy mistrzowie. Tępe kreatury pewne swojej martwej wiedzy, epigoni swoich ról. To wtedy on przyszedł do mnie. Powiedział, że droga prawdy otworzyć może się tylko przed takimi jak ja. Wątpiącymi... szukającymi... cierpiącymi. Zrozumiałem, że razem z tymi, których znalazł, takimi jak ja, stworzymy nowy, inny, prawdziwy teatr, i uwierzyłem mu. To dopiero potem zdałem sobie sprawę, że chodzi o coś nieskończenie od teatru większego, ale wtedy byłem jeszcze ślepy i nie wiedziałem, że jest coś większego od teatru.
***
Po miesiącach prób, gdy przeszedłem ból, upokorzenie i, zdawało się, oczyszczenie, po latach wyrzeczeń... Czy potrafiłem ofiarować się cały i bez reszty, bo nauczył mnie, że tylko rezygnując ze wszystkiego i poświęcając wszystko, przezwyciężyć można siebie i osiągnąć... I były takie chwile, w kręgu widzów, których myśli były głośniejsze niż mój oddech, i później, kiedy zanurzaliśmy się w wodzie o świcie... Potem uwalnialiśmy się od siebie i frunęliśmy, a szczyty gór pozostawały za nami jak wizerunki w porzuconej książce... Ale znowu trzeba było spadać w dół, pogrążać się w rozpaloną otchłań krateru pełnego smrodu i jęku, w leje czerwono--żóltych labiryntów... Bo już wcześniej wypaliłem się w płomieniu wyrzeczeń i zrozumiałem, że to nie dla teatru, że chodzi o coś dużo większego, innego, że jestem wodą żywą... Jestem burą, mętną wodą, która zgarnęła wszystkie nieczystości latami swojego biegu.
***
-Uratował nas wszystkich... Wydobył nas z nicości i stworzył rodzinę. Wybrał nas i byliśmy wybrańcami. Jedynymi. Szukaliśmy dla siebie miejsca, a znaleźliśmy je dla innych. Byliśmy tak silni, że byliśmy więcej niż ludźmi. Byliśmy silni jego siłą i wiedzieliśmy, że wytrzymamy wszystko... Dlaczego opuścił nas i zostaliśmy jak wydrążone skorupy, kłosy na wietrze, które nie wiedzą, gdzie sypią ziarno... czym zawiniliśmy? Może byliśmy za słabi i nie potrafiliśmy przejść tej ostatniej próby opuszczenia...

Zbyszek milkł. Nawet prześcieradło na obrzmiałym brzuchu nieruchomiało i Paul myślał, że widzi śmierć. Ale po chwili zauważał, że białobrudny wzgórek przed nim drży lekko, w szarej plamie twarzy ożywały punkciki oczu i słyszał zaskakująco wyraźny głos.
- Nie wytrzymałem... Dosięgnąłem dna, bólu, rozkładu. Może właśnie tego trzeba było, może przyjdzie teraz... Trzeba zawiadomić go, że wycierpiałem już dość, nie mogę pokutować dalej, bo nie wytrzymam tego, umrę, umieram i tylko on może przywrócić mnie do życia. Znajdź go! Znajdź. Mieszka na stepie sam i przyjdzie do mnie...

Zbyszek umarł trzy dni później.
***
Uwierzył w niego. Wierzył, że przejść musi próbę, i jak przypomina sobie teraz, nigdy tak jednoznacznie nie poddał się woli Mistrza, nie znalazł się w jego mocy, odrzucając już zupełnie wątpliwości, uśmiercił kornika analizy, który nawet w Instytucie drążył każdą jego pewność, każde zdobyte wreszcie przeświadczenie. Schodząc wąskimi schodkami w dół, nie potrzebował nawet racjonalnie uzasadniać dokonanych wcześniej wyborów. Ciemność zagarnęła go jak morze.
A potem, po zmaganiu się z upiorami, które dopadały go w najróżniejszych postaciach, wyłaniały się z kształtów Heleny, Zbyszka, wreszcie samego Mistrza, po błąkaniu się ciemnymi korytarzami, gdy nie wiedział, czy kilka metrów kwadratowych otwiera się w czarny labirynt, pajęczynę mostów nad niewidocznymi przepaściami, czy prowadzą go tunele podziemne, jak nie wiedział, czy głosy, które nadchodzą, są tylko omamem w ciszy absolutnej, przerywanej raz dziennie dźwiękiem otwierającej się nad nim klapy, skąd spuszczano mu dzbanek wody i kawałek chleba, po nie wiadomo jak długim czasie zrozumiał, że demonem jest Mistrz.

Chetnie przeczytałabym fragment czegos ciekawego. Co moglibyście polecic ? :wink:
MM zaniedbujesz się :lol:

Anonymous
13-07-05, 07:51
MM zaniedbujesz się :lol:

Wczoraj padł mi internet i tak było przez cały dzień. Dzisiaj po południu wrzucam kolejny fragment :-)
______________________
Wysłany 13 Lip 2005 - 20:17
Post scalony autoamtycznie - edytuj swoje posty - opcja zmień

Jedziemy:



Wyszliśmy z dołu, wytarliśmy popaprane dłonie o drelichowe sztany i siedliśmy na parkowej ławce. Witek wyciągnął papierosy i zapaliliśmy. Robota była ciężka, ale otoczenie mielismy wymarzone. Cały park niepospolitych ozdobnych drzew. Cała plejada: alianty-bożodrzewy, żywotnik olbrzymi, czarna olsza, miłorząb japoński, sosna, limba, czerwone kasztanowce, oliwnik wysokolistny itd. Na tabliczkach pod drzewami widniały ich łacińskie nazwy: (...). Oto Juniperus Sabina – Jałowiec sabiński. Oto rites alpinum – porzeczka alpejska.

Przed nami w niedalekiej przyszłości, jkieś sto metrów stał długi, misternie z drzewa wychuchany pawilon pijalni wód mineralnych, dawny Kursal. Była niebywała, złota połowa października, miesiąca deszczu i gwiazd, i po starannie omiecionych z liści parkowych alejkach przechadzali się wczasowicze.

Jeden facet przeszedł po mostku, a mówię o nim w momencie, kiedy wchodził na mostek i zrobił parę kroków po jego części wchodzącej, ani nie mówię o nim w tym momencie kiedy był na mostku w jego części najwyższej, szczytowej. Bo niebywała i złota była jesień, ale schodząca nieuchronnie w dół.

Facet zatrzymał się przed ławką po drugiej stronie stawu i siadł.
Brzuchatość zaczyna brać nad nim górę – odezwał się Witek.
O lekka przesada – powiedziałem – Nie jest jeszcze tak źle. Przyjechał tu na fizykoterapię, to mu szybko dorze zrobi.
Może ktoś miejscowy? Tubylec?
Chyba nie. Napewno nie. Tubylcy chodzą inaczej. Szybciej. I nie rozglądają się na wszystkie strony.


CDN.......

Anonymous
14-07-05, 13:06
Łał :-)

Ale fajne forum. Będzie tego więcej??

Pozdrawiam
JustynaS

Aneta (Wiosna)
14-07-05, 14:01
Witaj Joosa!! :lol:
Dorzuć coś :wink:

Anonymous
14-07-05, 16:53
Dobra :-)

Czekam na kolejne fragmenty "całej jaskrawości". Chętnie bym coś dorzuciła, ale nie wiem czy potrafie być taka uparta we wrzucaniu jak MM :-)

Postaram się coś wrzucić jednak, zeby na was nie pasożytować ;-) ale muszę wybrać coś specjalnego ;-)

Anonymous
14-07-05, 19:29
Ciąg dalszy....



Kursalowy zegar wybił trzy kwadranse jedenastej wolnobiegnącej. Słoneczko niebywale świeciło. Do siedzącego samotnie na ławce starszego mężczyzny dołączył drugi., jeszcze starszy i poczęli rozmawiać, wspominając może czasy niegdysiejsze. Opodal nich bezszelestnie i chełpliwie kroczył paw z ukrytą w długim, wlokącym się po ziemi ogonie, ciemną maszynerią wszędobylskiej śmierci. Z drugiej strony za parkowym ogrodzeniem słychać było słychać było, jak przeciwuderzenia życia, stukot pracującej warzelni soli. Niesamowite działy się rzeczy w tym niby spokojnym powietrzu, w tym otoczeniu niby stworzonym do cichej, łagodnej rekonwalescencji.

- Za dużo czasami się widzi – powiedziałem.
- Tak, to jest niebezpieczne – powiedział Witek.
- Co można zrobić?
- Tak. Nic nie można zrobić.

Minęła dosyć długa chwila, podczas której żaden z nas nie odezwał się. Wydawać by się mogło, że przez ten czas nasze myśli zaniechały kołowania nad tym, o czym przedtem rozmawialiśmy, albo zapomniały o tym i pobiegły zupełnie gdzie indziej, daleko, nad czymś zupełnie innym kołując. Ale okazuje się, że nie.



...nastąpi...

Aneta (Wiosna)
15-07-05, 14:21
"Teatr okrucieństwa" został pierwotnie napisany jako opowiadanie dla magazynu "Bookcase" W. H. Smitha. Powyższą, poszerzoną wersję opowiadania wydrukowano później w programie zlotu OryCon 15.
Istnienie tej wersji opowiadania jest możliwe dzięki szczodrobliwości autora, który dopuścił swe dzieło do rozpowszechniania w sieci i jednocześnie zastrzega sobie do niego wszelkie prawa. Jak ujął to sam Terry Pratchett: "Nie chcę go widzieć rozpowszechnianego w druku, ale nie mam nic przeciw temu, by ludzie ściągali je sobie z sieci dla własnej przyjemności".


TEATR OKRYCIEŃSTWA
Opowiadanie ze Świata Dysku



Był piękny letni poranek.
W taki dzień człowiek aż się cieszy, że żyje. Człowiek leżący na ziemi zapewne również chciałby się tym cieszyć - był jednak martwy. Tak martwy, że bycie w choć minimalnie większym stopniu martwym wymagałoby przejścia specjalnego szkolenia.
- Dobrze - powiedział sierżant Colon (strażnik, Straż Miejska Ankh-Morpork) - Jak dotąd ustaliliśmy, że przyczyną zejścia było:
a) pobicie na śmierć co najmniej jednym tępym narzędziem,
b) uduszenie pętem kiełbasek,
c) atak przynajmniej dwóch dzikich zwierząt o długich, ostrych zębach.
I co teraz, Nobby?
- Teraz aresztujemy podejrzanego, panie sierżancie! - zawołał kapral Nobby, salutując.
- Podejrzanego, Nobby?
- Znaczy, jego - wyjaśnił Nobby, trącając zwłoki czubkiem buta - Jak dla mnie, to takie leżenie trupem pośrodku ulicy wygląda bardzo podejrzanie. W dodatku podejrzany pił.
Moglibyśmy go aresztować za niechlujstwo i za nieżywotność.
Colon podrapał się w głowę.
Aresztowanie zwłok miało, oczywiście, pewne plusy. Jednak...
- Coś mi się widzi - powiedział powoli - że kapitan Vimes chciałby, żeby tę sprawę załatwić. Zabierz no lepiej to ciało do wartowni, Nobby.
- A potem będziemy mogli zjeść kiełbaski, panie sierżancie? - spytał kapral Nobbs.


***


Żywot najstarszego stopniem policjanta w Ankh-Morpork, najwspanialszym z miast Świata Dysku, nie był usłany różami. Czasami, gdy kapitana Vimesa nachodził pochmurny nastrój, myślał sobie, że gdzieś tam zapewne istnieją światy bez czarnoksiężników (przez których zagadki zamkniętych pokojów były na porządku dziennym) i bez zombich (śledztwa w sprawie morderstwa wyglądały naprawdę dziwnie, gdy ofiara była jednocześnie głównym świadkiem), i gdzie można było być pewnym, że psy nie będą niczego robić nocami ani nie zaczną sobie ucinać z ludźmi pogawędek.
Kapitan Vimes wierzył w logikę. Wierzył w nią mniej więcej w ten sam sposób, w jaki człowiek na pustyni wierzy w lód - innymi słowy, traktował ją jak rzecz niezbędną, lecz niepasującą do świata, w którym przyszło mu żyć. "Jak dobrze byłoby choć raz w życiu coś naprawdę rozwiązać" - pomyślał.
Spojrzał w siną twarz leżących na kamiennym stole zwłok i poczuł dreszczyk emocji. W tej sprawie istniały autentyczne ślady. Nigdy wcześniej nie zetknął się ze śladami z prawdziwego zdarzenia.
- Tego nie mógł zrobić rabuś, panie kapitanie - oznajmił sierżant Colon - Dlatego że kieszenie zwłok są pełne pieniędzy. Jedenaście dolarów.
- Nie nazwałbym tego "kieszeniami pełnymi pieniędzy" - zauważył Vimes.
- Pełne, bo to były monety, panie kapitanie. Same drobiazgi. Aż dziwne, że jego spodnie to wytrzymały. W toku śledztwa ustaliłem również, że pracował w showbiznesie, panie kapitanie. W kieszeniach miał wizytówki - "Chas Slumber - Rozrywki i Przedstawienia dla Dzieci".
- Jak sądzę, nikt niczego nie widział? - spytał Vimes.
- Cóż, panie kapitanie - wyjaśnił zawsze skory do pomocy sierżant Colon - kazałem młodemu Carrotowi znaleźć paru świadków.
- Kapralowi Carrotowi? Wysłaliście go, żeby sam prowadził śledztwo w sprawie morderstwa? - zapytał Vimes.
Sierżant podrapał się po głowie.
- No, wtedy on mnie spytał, czy znam kogoś starego i schorowanego...
W magicznym Świecie Dysku zawsze znajdzie się jeden świadek każdego morderstwa. Ostatecznie taką właśnie ma pracę.
Konstabl Carrot, najmłodszy członek Straży Miejskiej Ankh-Morpork, często sprawiał na ludziach wrażenie prostodusznego. I właśnie taki był - człowiek o prostej duszy, ale prostej w ten sam sposób, w jaki prosty jest miecz albo atak znienacka. Oprócz bycia prostodusznym, był również prostolinijny; był najprawdopodobniej najbardziej prostolinijnie myślącą osobą w dziejach wszechświata. Jego myśli dążyły bowiem do celu po najprostszej z możliwych dróg - w linii prostej.
Konstabl stał właśnie przy łóżku staruszka, który najwyraźniej cieszył się z jego towarzystwa. Stał tam już przez pewien czas - i właśnie w tej chwili nadeszła pora na wyjęcie notatnika.
- Wyjaśnijmy to sobie od razu, proszę pana - powiedział - Wiem, że coś pan musiał widzieć. Był pan na miejscu zbrodni.
- CÓŻ, W RZECZY SAMEJ, BYŁEM - odparł Śmierć - I TAMTO NALEŻAŁO DO MOICH OBOWIĄZKÓW. ALE TO JEST ZDECYDOWANIE NIEZGODNE Z ZASADAMI...
- Widzi pan - powiedział kapral Carrot - sądzę, że w świetle prawa nie tylko był pan na miejscu zdarzenia, ale i pomógł pan przestępcy. Przed lub po zdarzeniu.
MŁODY CZŁOWIEKU - JA JESTEM TYM ZDARZENIEM.
- Ja zaś jestem stróżem prawa - odparł kapral Carrot - Prawo musi istnieć i powinien pan to rozumieć.
- CHCIAŁBYŚ, ŻEBYM... EEE... WYKABLOWAŁ KOGOŚ? ŻEBYM CI KOGOŚ WYSTAWIŁ? ZABAWIŁ SIĘ W KANARKA? NIE. NIKT NIE ZAMORDOWAŁ PANA SLUMBERA. NIE MOGĘ CI W NICZYM POMÓC.
- No, nie byłbym tego taki pewien, proszę pana - powiedział Carrot - Sądzę, że właśnie pan mi pomógł.
- CHOLERA.
Śmierć odprowadził Carrota wzrokiem.
Kapral pochylił głowę, schodząc wąskimi schodami prowadzącymi do wyjścia z chatki.
- GDZIE TO JA BYŁEM...
- Przepraszam bardzo - odezwał się zasuszony staruszek z łóżka - Ja mam 107 lat. Nie mogę tak sterczeć przez cały dzień.
- ACH, TAK, RACJA.
Śmierć naostrzył kosę. Po raz pierwszy pomógł w pracy policji. Ale ostatecznie każdy miał jakąś pracę do wykonania.

***
Kapral Carrot szedł przez miasto spacerowym krokiem.
Wymyślił Teorię. Przeczytał kiedyś książkę o Teoriach. Dodawało się do siebie
wszystkie ślady i otrzymywało Teorię. Wszystkie elementy musiały do siebie pasować. Skoro zaś były kiełbaski, to musiał być też ktoś, kto je kupił. Poza kiełbaskami były też drobne pieniądze - a zwykle tylko jedna podgrupa ludzkiego gatunku płaci drobnymi.
Po drodze wstąpił do masarni. Napotkał też grupkę dzieci i przez chwilę z nimi rozmawiał. Potem, nie spiesząc się, wrócił do alejki, w której kapral Nobbs skończył zaznaczać kredą obrys ciała. Oprócz tego, Nobby pokolorował obrys, dorysował mu fajkę w ustach i laskę w ręce, a do tego dodał parę drzew i krzaczków w roli tła - przechodnie zaś zdążyli już wrzucić do hełmu kaprala siedem pensów.
Carrot skierował się w koniec alejki. Tam przez chwilę przyglądał się sporej stercie śmieci, a następnie przysiadł na popękanej beczce.
- W porządku... możecie już wyjść - powiedział, nie kierując swych słów do nikogo w szczególności - Sądziłem, że na świecie nie ma już krasnoludków.
W stercie śmieci dał się słyszeć jakiś ruch - a potem wyszli z niej: mały, przygarbiony człowieczek w czerwonej czapie i z zakrzywionym nosem, maleńka kobieta w ozdobnym kapeluszu na głowie i o wiele mniejszym od siebie dzieckiem na ręku, miniaturowy policjant, pies z obrożą wokół szyi, a wreszcie bardzo niewielki aligator.
Kapral Carrot siedział i słuchał.
- On nas do tego zmusił - powiedział mały człowieczek. Miał zaskakująco głęboki głos - Bił nas. Nawet aligatora. Tylko tyle potrafił - uderzać wszystkich kijem. Zabierał też wszystkie pieniądze, które zebrał piesek Tobby, i upijał się za nie. A potem uciekliśmy, a on złapał nas w alejce i zamierzył się na Judy i na dziecko, i przewrócił się, i...
- Kto pierwszy go uderzył? - spytał Carrot.
- My wszyscy!
- Ale niezbyt mocno - powiedział Carrot - Jesteście za mali. Nie zabiliście go. Mam niepodważalne zeznanie świadka, który może to potwierdzić. Dlatego przyjrzałem się jeszcze raz trupowi - on się udławił. I dlatego umarł. A to - co to takiego?
Pokazał im mały skórzany krążek.
- To żłopek - powiedział mały policjant - Robił nim głosy. Mówił, że nasze nie są wystarczająco śmieszne.
- W taki sposób powinno się to robić! - oznajmiła mała Judy.
- Miał to w gardle - powiedział Carrot - Sugeruję, żebyście uciekli. Tak daleko, jak możecie - i nie dalej.
- Myśleliśmy o zorganizowaniu spółdzielni - oświadczył pierwszy krasnoludek.
- Wie pan... dramat eksperymentalny, teatr uliczny... takie właśnie rzeczy. Zamiast bicia się nawzajem kijami.
- Biliście się kijami na pokazach dla dzieci? - spytał Carrot.
- On mówił, że to nowy rodzaj rozrywki. Że to szybko chwyci.
Carrot wstał i wyrzucił żłopek na stertę śmieci.
- Ludzie nigdy czegoś takiego nie zaakceptują - oznajmił - Nie powinno się w taki sposób tego robić.

:lol: :lol: :lol: :lol:

Anonymous
16-07-05, 07:22
No fajnie, fajnie...

Brawa dla Anety :D
Tymczasem MM znowu gdzieś przepadł :?

rantes
16-07-05, 07:56
Tak z ciekawości: czy kapral Carrot to ta sama postać, która w polskich tłumaczeniach występuje jako kapral, a potem kapitan Marchewa?

Siriah
16-07-05, 09:24
rantes:
A znasz jeszcze jakiegos bohatera u Pratchett'a, ktry w swej prostolinijnej prostodusznoci przesuchaby mier jako wiadka morderstwa? Babola tutaj strzeli pan Jaromir Krl - tumacz, ktry powinien zapozna si z tumaczeniami innych ksiek Pratchett'a i dostosowa swoje tumaczenia nazw i nazwisk do oglnie przyjtych.

Anonymous
17-07-05, 12:28
Cała jaskrawość...jedziemy...




- Próbowałem nieraz to wszystko stępić. Rozumiesz, tak jak się przytępia nóż o kamień. Żeby łatwiej było żyć. Bo to jest cholernie męczące.
- Och tak! - Powiedział Witek i powiedział to szybko zaraz natychmiast po moich słowach, więc i jego myśli w czasie naszego dosyć długiego milczenia nie pobiegły gdzie indziej, w inne dziedziny, tylko tkwiły przy tym samym.
- Och tak! - powtórzył.
- Ale nic z tego – dokończyłem zdania.

Kursalowy zegar przytaknął mi. Cztery razy. Trzy razy. Czwarte uderzenie przypominało nam o robocie.
- Dawaj – powiedziałem wstając z ławki.

Zeszliśmy do basenu i wzięliśmy szpadle. Kopaliśmy ostro i to było dobre. Kupa mułu od kilku dni rosła w górę, a my w dół. Wczoraj przybył ku nam jakiś ktoś. Ubrany był w nieprzemakalny biały płaszcz z ceraty, chociaż słoneczko pięknie świeciło i nic nie zapowiadało deszczu. Wyglądał w tym płaszczu bardziej na zjawę niż na asa wywiadu. Stanął przed nami na brzegu i powiedział:

- No ładnie chłopcy. Ładnie - Wyciągnął przed siebie rękę i pomachał nią w powietrzu jakby nas na odległość klepał po ramionach.
- Ładnie, chłopcy. Na głębokość jest dobrze, a na szerokość też widzę dużo roboty zrobiliście.

W tym swoim białym nieprzemakalnym płaszczu, miedzy dwoma kupami czarnego mułu po lewicy i prawicy, stał nad nami jaki anioł.

- Szefie! - Powiedziałem nagle do niego. - A co my mamy zrobić, jak wykopiemy jaką bombę?
- Co? Bobmę – podskoczył – Jaka znowu bombę?
- No widzi pan ile tego tałatajstwa – pokazałem ręką – Wykopaliśmy hełm, o, leży tam, taśmę cekaemu, to możemy wykopać i bombę. Nic nie wiadomo. No nie witek?
- Nie wiadomo – powiedział Witek, obejmując tym, jak to powiedział, wszystkie możliwe zjawiska.

As wywiadu stał ze spuszczoną głową, trzymał kciuk prawej ręki w ustach imruczał.
Bomba, no tak, właściwie dlaczego nie, nic nie wiadomo, wszystko możliwe. Jasny piorun. Słuchajcie chłopcy – podniósł głowę – Jak tylko traficie na cos takiego nie pukajcie i nie rozkręcajcie, w ogóle nie wykopujcie, tylko od razu na milicję albo do nas do biura. A my zadzwonimy po saperów.
- No dobra – powiedziałem – Jak tak, to w porzadku.
- Tak, tak – powiedział szybko on – Tylko tak a nie inaczej.

I odszedł mrucząc: bomba, cholerna bomba.


Chmm...przyznacie, ze witek to ciekawa postać

CDN.....

Anonymous
23-07-05, 21:12
Dzisiaj go nie było. Tu go nie było. My byliśmy. Jego nie było, gdzie my byliśmy. Nas nie ma, gdzie on teraz jest. I tak to jest. Santa Polonia. Nie ma rady. Wszędzie jednocześnie być nie można. Z tym się trzeba w końcu pogodzić. Będąc tu nie mogę być w tej samej chwili nad rzeką, na bindudzie, oparty plecami o estakady i patrzeć na czekające na spław wielkie pnie świerków i sosen. Kopiąc tu, w mule baseny. Nie mogę w tej samej chwili pracować w księgarni w Valparaiso, tak jak to robi Edi Simons. On też od tylu lat wiecznie szukający, wiecznie gnany z miejsca na miejsce. Mieszkaliśmy jakiś czas razem w mieście śpiewających szyb, we francuskiej stolicy, w małym pokoju na strychu, który Edi nazywał „cuarto medguante”, czyli „nów księżyca”. Opowiedzieliśmy sobie nasze życie i dobrze było. Ja raczej więcej milczący niż skromny lubiłem z Edim rozmawiać. Tak rozmawialiśmy jakbyśmy chodzili po dachach. Ale potem pokłóciliśmy się straszliwie, dlatego moąe, że za szybko i za mocno polubiliśmy się. I rozstaliśmy się w wielkim wzburzeniu i gniewie. Teraz piszemy listy przez ocean.

Anonymous
28-07-05, 20:48
Wyjeżdżam i wrócę w poniedziałek. Wtedy pojawią się kolejne fragmenty.

zephyr
02-08-05, 21:25
z niecierpliwością czekam :(

Aneta (Wiosna)
03-08-05, 07:33
http://www.merlin.com.pl/images/24/83-240-0482-3.jpg Kandydat do tegorocznej nagrody Nike - Kapuściński "Podróże z Herodotem" Perełka :wink:


A podobnie jak kiedyś pragnąłem przekroczyć granicę w przestrzeni, tak teraz fascynowało mnie przekraczanie granicy w czasie.
Bałem się, że mogę wpaść w pułapkę prowincjonalizmu. Pojęcie prowincjonalizmu wiążemy zwykle z przestrzenią. Prowincjonalny to ktoś, czyje myślenie ograniczone jest do pewnej marginalnej przestrzeni, której przypisuje on nadmierne, uniwersalne znaczenie. Ale T.S. Eliot ostrzega przed innym pro-wincjonalizmem - nie przestrzeni, lecz czasu. „W naszej epoce — pisze w eseju o Wergiliuszu w 1944 roku - kiedy ludzie skłonni są bardziej niż kiedykolwiek mylić mądrość z wiedzą, a wiedzę z informacją i usiłują rozwiązać problemy życiowe w terminach techniki, rodzi się nowa odmiana prowincjonalizmu, która zapewne prosi się o inną nazwę. Jest to prowincjonalizm nie przestrzeni, ale czasu; dla niego historia to jedynie kronika ludzkich wynalazków, które swoje odsłużyły i zostały wyrzucone na śmietnik; dla niego świat jest wyłącznie własnością żyjących, w której umarli nie mają żadnego udziału. Tego rodzaju prowincjonalizm niesie ze sobą tę groźbę, że my wszyscy, wszystkie ludy planety, możemy stać się prowincjonalni, a ci, którym się to nie podoba, mogą tylko zostać pustelnikami".
Są więc prowincjusze przestrzeni i prowincjusze czasu. Każdy globus, każda mapa świata pokazuje tym pierwszym, jak są w swoim prowincjonalizmie zagubieni i zaślepieni, podobnie jak każda historia, w tym - każda strona Herodota, pokazuje tym drugim, że teraźniejszość istniała zawsze, bo historia jest tylko nieprzerwanym ciągiem teraźniejszości, a najbardziej odległe dzieje były dla ludzi wówczas żyjących ich najbliższym sercu dniem dzisiejszym.
Aby się przed prowincjonalizmem czasu uchronić, wyprawiałem się w świat Herodota. Mój doświadczony, mądry Grek był mi przewodnikiem. Wędrowaliśmy razem latami. I choć najlepiej podróżuje się samemu, myślę, że nie przeszkadzaliśmy sobie — dzieliła nas odległość dwóch i pól tysiąca lat i jeszcze inny rodzaj dystansu, biorący się z mojego poczucia respektu -bo choć w stosunku do innych Herodot byt zawsze prosty, życzliwy i łagodny, zawsze miałem poczucie, że obcuję z olbrzymem.
W ten sposób moje podróże miały podwójny wymiar: odbywały się jednocześnie - w czasie (do starożytnej Grecji, Persji, do Scytów) i w przestrzeni (bieżąca praca w Afryce, Azji, Ameryce Łacińskiej). Przeszłość istniała w teraźniejszości, oba te czasy łączyły się, tworząc nieprzerwany strumień historii.

Anonymous
03-08-05, 16:49
Wracamy do panów kopiących muł



Kopaliśmy z Witkiem w czarnym mule tej epoki, od czasu do czasu prostując się w krzyżu. Nad nami, wysoko na niebie, kołysało się pare altostratusów. Słońce przez nie przeświecało jak płowy łeb wodza centaurów. Jednostajny łomot w warzelni soli nie mącił ciszy i spokoju leżącej leniwie na wznak na tarczy zegarów południowej godziny. Po jesiennym parku w samą porę rozniosło się dwanaście klarownych uderzeń. Najpierw poczułem ból. Poczułem byt tak mocno, że aż zabolało mnie. Potem dopiero popadłem w nieważkość. Unosiłem się na oklep w powietrzu przestrzeni. Był to jeden z moich stanów prywatnych. Udawało mi się go wywołać nawet bez szerokiego tła. Nawet będąc nieraz w czterech gładkich ścianach. To, dodane do paru innych rzeczy to już na pewno było coś.
- Aha – sprowadził mnie na dół, na miękki grunt mułu Witek. - Zapomniałem wczoraj spytać. Co to było z tą bombą? Co chciałeś przez to powiedzieć? Chciałeś go przestraszyć?
- Chyba nie. Zresztą w tej chwili już ci dokładnie nie powiem.

W tej chwili śmiech i gwar wtaczał się do parku szeroką bramą i już sunął ścieżką w naszą stronę nie jak machina do ubijania nawierzchni dróg ale lekko, swobodnie, beztrosko. Była to lekcja rysunku. Dziewiąta, albo dziesiąta klasa miejscowego liceum, Chłopcy, dziewczęta, niektóre z nich już prawdziwe panny., szli mieszanym niefrasobliwym szykiem trzymając w rękach większe i mniejsze rysunkowe bloki. Na naszej wysokości prowadzący ich nauczyciel przystanął, młode pokolenie okrążyło go i potoczyły się jakieś szepty.

Anonymous
03-08-05, 18:45
No..nareszcie sie coś ruszyło. Mam nadzieje, ze teraz MM i Aneta będą pisać regularnie :evil:

Anonymous
04-08-05, 07:17
Jak si jeszcze troche tego uzbiera, to zbiorę to w jeden plik PDF i umieszcze do ściągnięcia. tak, żeby każdy kto chce mógł posiadać całość.
______________________
Wysłany 04 Sie 2005 - 20:32
Post scalony autoamtycznie - edytuj swoje posty - opcja zmień



- Coś mi się wydaje, ze będą nas rysować – mruknął do mnie Witek.
- Zdaje się.
- Co robimy? Pozujemy?
- Raz w życiu można – powiedziałem.
Następne zdanie, po którym milczenie zapadło dłuższe, mocne, twarde jak zaciśnięte szczęki następne zdanie powiedziałem nie od razu lecz po chwili. Bo było to zdanie ciężkie, poważne, wyrwane z duszy, a nie z końca języka. To było wyznanie.
- Tyle już zrobiliśmy dla rej przeklętej sztuki, że możemy pozować z uśmiechem na ustach.
Witek wyprostował się, popatrzył na mnie, nic nie mówiliśmy, i wolniutko schylił się z powrotem. Kopaliśmy. Pozowaliśmy. Miałem na ustach ten uśmiech. Nie złośliwy, nie ironiczny, o nie, nie. To nie. To jest nędzne. Miałem na ustach ten śmiech co się ma za sobą, jak to się mówi niedokładnie. Uśmiech mądrości więc? Nie. Nawet nie. Uśmiech smutnej mądrości? Nawet też nie. Taki raczej rzewny uśmiech.

Anonymous
04-08-05, 19:37
Zaraz, zaraz... czyli MM i Marcin Maj z DI to jest ta sama osoba tak?

Anonymous
04-08-05, 19:38
Chmmm....... czy ja wiem ? :D

Anonymous
04-08-05, 19:40
Weszłam na bloga i już wiem że tak :D
Swoją drogą - tutaj masz lepsze zdjęcie niż na stronie redakcji :P

Aneta (Wiosna)
05-08-05, 08:11
http://www.merlin.com.pl/images/7/83-7243-365-8.jpgA teraz co z zupenie innej beczki.....
Sympatykw Monty Pythona zapraszam na Modrzew
Latajcy Cyrk Monty Pythona - tom 1. Tylko sowa (Zapis pierwszych 23 odcinkw serialu "Latajcy cyrk Monty Pythona")


NAJMIESZNIEJSZY DOWCIP NA WIECIE
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart7.jpg

[II wojna wiatowa; wntrze pokoju operacyjnego Armii brytyjskiej; dwch oficerw, posugujc si specjalnymi opatkami, przesuwa po, lecej na stole, mapie figurki wi symbolizujce oddziay wojskowe; wchodzi szeregowiec; staje na baczno, salutuje i melduje]

SZEREGOWIEC
Szeregowy Dobson wycign kopyta.

OFICER
Powanie? A to winia.

[cicie; plan oglny angielskiego domku w szeregowej zabudowie; szybki najazd kamery na okno w domku; cicie; wntrze domku - pokj, w ktrym przy biurku siedzi mczyzna i co pisze na kartce papieru]

NARRATOR
Oto Ernest Pismak. Twrca dowcipw.
Za chwil napisze najzabawniejszy dowcip wiata i w konsekwencji umrze ze miechu.

[Pismak skoczy pisa; bierze do rki kartk i czyta;

http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart3.jpg


zaczyna si mia; najpierw delikatnie, potem coraz bardziej a do spazmw; wstaje, sania si na nogach, bez przerwy si miejc; po chwili pada martwy na podog]

NARRATOR
Dowcip okaza si zabjczy. Nikt nie mg go przeczyta i przey.

[do pokoju wchodzi matka Pismaka; spostrzega ciao syna lece na pododze; jest zaamana; podnosi kartk, ktra ley obok ciaa; czyta bezgonie ruszajc ustami; zaczyna si spazmatycznie mia; pada martwa na biurko; cicie; reporter z mikrofonem w doni stoi przed domkiem Pismaka]

REPORTER
Tego ranka, kilka minut po jedenastej, tym maym domkiem przy Dibley Road, wstrzsna komedia. Komedia naga i gwatowna. Policja otoczya teren. Jest przy mnie inspektor Scotland Yardu.

[obraca si w swoj praw stron; podchodzi umundurowany inspektor]


http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart5.jpg

INSPEKTOR
Wejd do rodka i sprbuj wynie dowcip.

[z wntrza domku dociera szalony miech; w oknie pojawia si mczyzna w fartuchu i pada martwy upadajc na parapet]

Osania mnie bdzie ponura muzyka odtwarzana z pyt oraz
Oraz aobne zawodzenie funkcjonariuszy.

[wskazuje trzcink w swoj praw stron; cicie; trzech umundurowanych policjantw w hemach; cicie; inspektor i reporter]

INSPEKTOR
Stworzona w ten sposb atmosfera powinna powstrzyma mnie przed przeczytaniem dowcipu.

[inspektor daje znak; policjanci zaczynaj przeraliwie jcze; inspektor rusza w kierunku domku; sycha muzyk pogrzebow]

REPORTER
Oto czowiek niezwykej odwagi. Nawet jeli nie wyjdzie stamtd ywy, zapamitamy jego powicenie jako najwikszy akt mstwa w historii policji.

[z domku dochodzi miech inspektora; cicie; inspektor, trzymajcy przed sob kartk papieru, idzie saniajc si na nogach ze miechu; pada martwy w przydomowym ogrdku; policjanci przestaj zawodzi i zdejmuj hemy; cicie; czarno-biay film; widok jadcej wojskowej ciarwki]

NARRATOR
Niebawem armia postanowia wykorzysta dowcip do celw militarnych.
Pod cis ochron przewieziono go na konferencj dowdcw alianckich w ministerstwie wojny.

[cicie; drzwi do budynku, przed ktrymi stoi uzbrojony onierz brytyjski; na drzwiach napis "Ministerstwo Wojny"; obok drzwi napis "Nie wchodzi"; do budynku wchodzi oficer cznikowy; wartownik przyjmuje pozycj zasadnicz; zza drzwi dobiega chralny, rubaszny miech; po chwili sycha odgos padajcych cia i nastaje cisza; cicie; dwaj generaowie patrz przez okienko w bunkrze]

NARRATOR
Najwysi oficerowie byli pod wraeniem. Dowiadczenia przeprowadzone na rwninie Salisbury potwierdziy skuteczno raenia dowcipu na odlego do pidziesiciu jardw.

[cicie; onierz stojcy na poligonie; najazd kamery; onierz na nosie ma okulary; wyglda na strasznego ponuraka; cicie; ujcie za plecw onierza; przed onierzem, w odlegoci pidziesiciu jardw, stoi tablica przykryta niebieskim materiaem;


http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart6.jpg

po obu stronach tablicy stoi jeden onierz; zblienie na tablic i onierzy, ktrzy spogldaj w swoj lew stron; cicie; na szczycie bunkra inny onierz macha chorgiewk i pada na brzuch, zasaniajc gow ramionami; cicie; ujcie zza tablicy; onierze nie patrzc na tablic odsaniaj j; zblienie na onierza w okularach; onierz jedn rk przeciera okulary, bez zdejmowania ich z nosa; z wysikiem czyta tekst na tablicy; zastanawia si, mieje si i pada martwy; cicie; dwaj generaowie]

GENERA
Fantastyczne.

[cicie; pukownik przechadzajcy si po lesie]

PUKOWNIK
Przez ca zim czterdziestego trzeciego roku, antydowcipowo zabezpieczeni tumacze pracowali nad niemieck wersj dowcipu. Dla wikszego bezpieczestwa kady opracowywa tylko jedno sowo. Jeden z nich przypadkiem zobaczy dwa sowa i spdzi kilka tygodni w szpitalu, lecz poza tym incydentem wszystko przebiegao pomylnie i ju w styczniu dysponowalimy wersj niezrozumia dla naszych oddziaw ale zrozumia dla Niemcw.

[cicie; las; wybuchy pociskw; w okopie kilku skulonych onierzy brytyjskich, dowodzonych przez sieranta]

NARRATOR
A wic smego lipca tysic dziewiset czterdziestego czwartego roku w Ardenach Niemcy usyszeli dowcip po raz pierwszy.

SIERANT
Na moj komend... dowcipem... Ognia!

[po komendzie onierze wyjmuj z kieszeni mundurw kartki z niemieck wersj dowcipu i czytaj na gos]
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart2.jpg



ONIERZE
[razem]

Wenn ist das Nunstck git und Slotermeyer? Ja! ... Beiherhund das Oder die Flipperwaldt gersput!

[cicie; ruch kamery w prawo, pokazujcej zarola naprzeciwko stanowiska brytyjskiego; po odczytaniu dowcipu po niemiecku, zapada cisza; po chwili sycha szepty w jzyku niemieckim a potem sycha miech; Niemcy, znajdujcy si w okopie naprzeciwko okopu brytyjskiego, padaj martwi]

NARRATOR
By to fantastyczny sukces, co najmniej szedziesit tysicy razy wikszy, od synnego, brytyjskiego, przedwojennego dowcipu...

[cicie; czarno-biay film z powitania na lotnisku w Londynie premiera Chamberlaina po jego powrocie z konferencji w Monachium w 1938 roku]

...ktremu nawet Hitler nie potrafi sprosta.

[cicie; czarno-biay film; Hitler przemawia]
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zarthitler.jpg



NAPIS: Mj pies nie ma nosa.

[cicie; zblienie na rekrutw SS]

NAPIS: Jak mierdzi?

[cicie; zblienie twarzy Hitlera]

NAPIS: Okropnie!

[cicie; las]

NARRATOR
Dziaanie dowcipu byo zabjcze.

[z pomidzy drzew wychodzi brytyjski sierant; padaj strzay; sierant przykuca, odkada karabin, spoglda w gr, z kieszeni munduru wyciga kartk papieru i czyta na gos niemiecki tekst]

SIERANT
Wenn ist das Nunstck git und Slotermeyer? Ja! ... Beiherhund das Oder die Flipperwaldt gersput!

[z pobliskiego drzewa spada na ziemi miejcy si niemiecki snajper; sierant chowa kartk do munduru, poklepuje kiesze z zadowoleniem i odchodzi; cicie; las; pole bitwy; eksplozje pociskw; onierze brytyjscy biegn tyralier, zamiast broni trzymajc w doniach kartki papieru, z ktrych odczytuj niemieck wersj dowcipu; onierze niemieccy masowo padaj; cicie; wejcie do niemieckiego namiotu-szpitala polowego; na noszach ley dwch mczyzn miejc si spazmatycznie]

NARRATOR
Niemcy ponieli straszliwe straty.

[cicie; cela Gestapo; stolik z lampk i maszyn do pisania; krzeso; na krzele, z rkami zawizanymi z tyu, siedzi jeniec brytyjski; przed jecem stoi umundurowany gestapowiec; za jecem stoi gestapowiec - Otto - w skrzanym paszczu z tabliczk zawieszon na szyi; na tabliczce napis "Oficer gestapo"]

GESTAPOWIEC
Co to za dowcip?!

JENIEC BRYTYJSKI
Powiem wam tylko moje nazwisko, stopie oraz jak oszwabi hitlerowca.

GESTAPOWIEC
To nie jest mieszne!

[uderza, na niby, jeca doni w twarz; gestapowiec w paszczu klaszcze w donie; gestapowiec w mundurze zaczyna si przechadza]
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart10.jpg




GESTAPOWIEC
Chc usysze dowcip.

[zatrzymuje si i pochyla nad jecem]

JENIEC BRYTYJSKI
Dobra. Jak zrobi skaczc swastyk?

[gestapowiec zastanawia si]

GESTAPOWIEC
Nie wiem. Jak?

JENIEC BRYTYJSKI
Nadepn Szwabowi na odcisk.

[z du si nadeptuje gestapowcowi na stop; gestapowiec krzyczy z blu i, trzymajc si za uderzon stop, podskakuje na jednej nodze]

GESTAPOWIEC
O mj Boe! To nie jest mieszne!

[uderza, na niby, kilka razy jeca w twarz; gestapowiec w paszczu kilka razy klaszcze w donie]

GESTAPOWIEC
Jeli nie powiesz mi jaki to kawa, uderz ci jak naley.

JENIEC BRYTYJSKI
Dobrze znosz fizyczny bl.

GESTAPOWIEC
Ale ty nudny. Otto!

[Otto z wewntrznej kieszeni paszcza wyciga due, ptasie piro i podchodzi do jeca]

JENIEC BRYTYJSKI
O nie! Tylko nie to!

[Otto pirem askocze jeca za uchem; jeniec mieje si]

No dobra. Bd mwi.

GESTAPOWIEC
Otto, szybko do maszyny.

[Otto siada za biurkiem]

JENIEC BRYTYJSKI
Wenn ist das Nunstck git und Slotermeyer?

[Otto pisze na maszynie; gestapowiec ciko si zastanawia]

Ja! ...Beiherhund das Oder die Flipperwaldt gersput!

[Otto koczy pisa na maszynie i podrywa si zza biurka; przeraliwie si miejc, zatacza si i wychodzi z celi; zza drzwi dochodzi odgos upadajcego ciaa; gestapowiec przyglda si temu z tp min]

GESTAPOWIEC
To wcale nie jest mieszne!

[zastanawia si i po chwili zaczyna si mia; zgina si w p i gwatownie pada martwy; do celi wbiega niemiecki wartownik ze Schmeisserem w doniach; jeniec podrywa si z krzesa i wskakuje na biurko]

JENIEC BRYTYJSKI
[bardzo szybko]

Wenn ist das Nunstck git und Slotermeyer? Ja! ...Beiherhund das Oder die Flipperwaldt gersput!

[wartownik pada martwy na podog; cicie; czarno-biae zdjcie naukowca patrzcego przez mikroskop]

NARRATOR
Jesieni czterdziestego czwartego roku w Peenemunde, Niemcy pracowali nad wasnym dowcipem.

[gabinet; biurko, za ktrym siedzi niemiecki genera w mundurze galowym; obok niego stoi Otto z tabliczk zawieszon na szyi; na tabliczce napis "Inny oficer gestapo"; w tle swastyka; do gabinetu wchodzi niemiecki Dowcipolog, w biaym kitlu; staje przed biurkiem i czyta z kartki]
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart9.jpg



DOWCIPOLOG NIEMIECKI
Die ist ein Kinnerhunder und zwei Mackel ber und der bitte schn ist den Wunderhaus sprechen sie. "Nein" sprecht der Herren "Ist aufern borger mit zveitingen".

[patrzy zadowolony na generaa i Otta, ktrzy spogldaj na siebie; genera znaczco kiwa gow w kierunku dowcipologa; Otto wyciga pistolet]

OTTO
Damy zna.

[strzela do Dowcipologa, ktry pada martwy na podog przed biurkiem, obok trzech innych, martwych dowcipologw lecych przed biurkiem;
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart4.jpg



cicie; czarno-biay film przedstawiajcy wntrze laboratorium i pracujcych naukowcw]

NARRATOR
Jednake ju w grudniu Wunderwitz by gotw i Hitler rozkaza rozprowadzi go po angielsku drog radiow.
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart8.jpg



[pokj, w ktrym stoi radio; przed radiem siedzi mczyzna i kobieta; suchaj radia]

NAPIS: 1942 GDZIE W LONDYNIE

GOS Z RADIA
Zwei orzeszken szy przez Strasse und kto im przysoli.

[z radia dochodz dwiki hymnu niemieckiego; mczyzna i kobieta siedz zdziwieni; cicie; dziennikarz stojcy na trawie, pod drzewem]

DZIENNIKARZ
W roku czterdziestym pitym rozpta si pokj. By to koniec dowcipu. Uywanie dowcipw do celw wojennych zostao zakazane specjaln konwencj rozbrojeniow ustanowion w Genewie. A w tysic dziewiset pidziesitym ostatni, istniejc kopi dowcipu zoono na wieczny spoczynek w Berkshire. Ju nigdy wicej go nie usyszano.

http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/zart1.jpg


[ patetyczna muzyka; kamera przesuwa si w prawo; ukazuje si may obelisk z napisem "GRB NIEZNANEGO DOWCIPU"; odjazd kamery, ktra nastpnie kieruje si na niebo; cicie; sdzia pikarski odgwizduje koniec meczu; cicie; czarny ekran; zapada cisza]

NAPIS: KONIEC

[cicie; It's Man ley krzyem na play; z lewej strony ekranu wysuwa si duga tyczka, ktra trca It's Mana; on unosi gow, a nastpnie z trudem podnosi si i ciko rusza w kierunku morza, do ktrego wchodzi; pojawiaj si napisy kocowe; It's Man idc morzem oddala si coraz bardziej]
http://www.modrzew.stopklatka.pl/grafika/s1/koniec.jpg



SPIKER
Podajemy ostateczne wyniki:
winie 9 - Brytyjskie dwunogi 4.
winie spotkaj si w finale z Vicki Carr


KONIEC ODCINKA PIERWSZEGO

Anonymous
05-08-05, 16:06
Boskie :-)

Nimitz
06-08-05, 12:59
No to jest przykład humoru absurdalnego :D

Aneta (Wiosna)
06-08-05, 18:39
http://www.estiej.republika.pl/images/mikroswiaty.jpgTu czas nie istnieje, albo się zatrzymał, albo artysta o nim zapomniał :wink:

LIPA WISIELCÓW czyli nieudana jesień w Smykowie


Jak każdego roku Smyków czekał na jesień. Nie mógł czekać na nic ważniejszego, bo był wsią gównianą.
Miał cztery chałupy wciśnięte w piach, lichy grunt dookoła, parę drzew pokracznych i dro¬gę wiodącą do świata. Droga była słabo wy¬jeżdżona, bo nikomu nie chciało się stąd ru¬szać. No, chyba że na zawsze...
W Smykowie rzadko słyszało się krzyk narodzonego, bowiem żyjące tu kobiety były wysuszone i niechętne. Do tego bieda miała swoje kalkulacje.
Dziecko trzeba było karmić, ubierać, wyja¬śniać mu sprawy, posyłać do szkół, skąd już nie wracało, bo niby po co? Zresztą rodzili się tu tylko złodzieje i raz na jakiś czas - po¬eta, który potem opisywał miejsce urodzenia jako ziemię ciemną i zasraną. Po co to komu?
Na jesień czekało się tu od zawsze, to zna¬czy od tej pory, kiedy lipa wisielców udźwig¬nęła pierwszego, który ją sobie wybrał.
Lipę posadził Antoni Kaczuba. W swoim czasie wcisnął drzewko w ziemię z gniewem, miotając przekleństwa i wypraszając śmierć. Więc urosła lipka posłusznie, szubienicznie, jedną gałęzią na bok. Ale nie usłużyła Anto¬niemu. Biedak zaginął gdzieś w świecie. Przez jakiś czas czekali ludzie na jego po¬wrót, aż zapomnieli, na kogo czekają. Od tej pory wyglądali już tylko jesieni.
Tego roku przyszła o dzień wcześniej. Józef Kaczuba, prawnuk Antoniego, zoba¬czył ją przez okno i zaraz pod sercem zalęgła mu się rozpacz. Ta oznaka była nieomylna. Nazywała jesień trafniej, niż nąjmglejsze mgły i najdymniejsze dymy rozwleczone nad kartofliskami.
Ta rozpacz była jesienna. Józef poznał ją po radości, jaką przyniosła, oraz po tym, że naro¬dzona sprzeczność za chwilę umarła. Zostało po niej zmieszanie jednego z drugim, mające potrwać aż do zimy.
Tymczasem jesień zabrała się za lipę wi¬sielców, bo to była jej najważniejsza sprawa w Smykowie. Zawinęła się wiatrem nad gałę¬ziami, poluźniła drzewne uściski, zmiotła li¬ście, okadziła dymem od pola i poleciała do innych wsi.
Kaczuba miał już swoje obliczenia. Nie na darmo zamęczał się przy konopiach. To da¬wało rozum. W dniu zobaczenia jesieni ogolił się staran¬nie, przywdział kościelne ubranie, przysiadł pod lipą i przerachował jeszcze raz.
-Listonosz Wiktoreczek. Ten przyjdzie na pewno. Niby po co najeżdżał księdza, wypra¬szał przysięgi, że jest życie po tamtej stronie? Zasraniec. Jest czy nie ma, i tak przyjdzie li¬stonosz, bo go nieżywe przymusi. Nieżywe nie jest głupie. Niby głupsze od żywego, ale jak już raz wejdzie w człowieka... Przyjdzie Wiktoreczek, a może nawet przyjedzie na tym ładnym rowerze. Długie chłopisko, paty¬kowate. Wystarczy kamień pod nogi. A swoją drogą, po co chciał wiedzieć do przodu? Głu¬pota jakaś. Powiesi się, to zobaczy.
Drugi będzie Heniek Opasów z Wilkucic. Przyjdzie od zachodniej strony, od Olszowy. Zmarnowane życie... Co innego niż listonosz. Zabiły go kopalnie na Śląsku. Zapaskudziły płuca, podziurawiły kości i głowę. Po kopalni nie umiał już wygodzić babie, bo mu odde¬chu brakowało. To poszła do innych chłopów, zamraczając ich wódką za pieniądze z Heńkowego nieszczęścia. Aż przeszły pieniądze i przeszła uroda. Babie zostało kurewstwo, a Heńkowi sznur od Kaczuby. Już by się nawet powiesił nieraz, ale źle wyli¬czał drogę. Oddech kończył mu się pod Olszową, więc zawracał do Wilkucic i czekał na następną jesień. Ostatniej doszedł prawie na skraj Smykowa, ale go zawróciły bociany, znaczące odlotem koniec pory wisielców.
Kto trzeci? Może Kaziu Kufel spod Buko¬wa?... Najpewniej. Tego będzie szkoda specjalnie, bo razem z nim odejdzie najlepsze rze¬miosło w okolicy. Jeszcze się nie zdarzył mo¬tor ani rower, któremu by Kufel nie zaradził. Niech będzie zepsute, co chce - dynamo, karter od silnika, kierownik albo suport od pedała - Kaziu naprawi za psi grosz. Listonoszowi tak wymalował rower, że na jeden sezon zapo¬mniał o wieszaniu (listonosz). Lakier wypalił w piecu i jeszcze nadmuchnął mgiełki z róż¬nych kolorów. Szkoda będzie Kufla, bo zabie¬rze do ziemi dobre rzemiosło, a razem z nim ta¬jemnicę zdejmowania trucizny z denatury.
Na ten dzień Kaczuba zakończył rachunki i poszedł płakać. Miał miękkie serce, więc wypłakiwał się na zapas, żeby nie ranić swo¬ją żałością samobójców. Potrzebne im to? Nie dość mają własnych smutków?
To prawda, korzystał z lipy pradziada ile się dało. Był powroźnikiem, doradcą na ostatniej drodze, ale przecież - nie katem. Dobierał najlepsze sznury, podpowiadał jak ułożyć pacierz przy szarpnięciu, jak napisać list do rodziny, a nawet czasem sam prowa¬dził rękę mniej gramotnym. Wszystko po to, żeby ulżyć zasrańcom. Nie inaczej. Przy okazji bywał też spowiednikiem i trochę księdzem, bo szeptał to czy tamto po księżowsku, zamykając oczy umarlakom. Na¬uczył się tego sam, bez nikogo, tak jak wielu innych rzeczy w życiu. A że nie odradzał wieszania? Nie odradzał, to prawda. Ale przecież znał każdego człowieka ze swojej lipy, więc znał też każdą przyczynę. Wszystkie były śmiertelne, więc po co odra¬dzać? No, może tylko po to, żeby zasłużyć przed Panem Bogiem, przypodchlebić się trochę, żeby ulżyć sobie w swoją własną go¬dzinę.
Ale czy to rozumne? Czy Pan Bóg da się oszukać głupiemu Kaczubie?
Z takimi wątpliwościami zasmarkany Kaczuba położył się spać. Sen przyszedł szybko.
Podobnie szybko przyszło przebudze¬nie. Po sześciu godzinach cmoka. Zejścia mgły doczekał Kaczuba już na dobre przysposobiony do śmiertelnej roboty. Sie¬dział na ławce pod oknami chałupy, trzymał przy nogach wiklinowe kosze, a w nich powro¬zy na każdą okazję. Miał na sobie dobre ubra¬nie, ale nie świąteczne, tylko codzienne, z kie¬szeniami. Trzymał w nich same przydatne rzeczy: w jednej kozik dobrze naostrzony, w drugiej książeczkę do nabożeństw, w trzeciej drobne pieniądze do wydawania z grub¬szych (po trzy razy sprawdzali zasrańce czy ich Kaczuba nie oszukał), w czwartej papiero¬sy dwóch gatunków i zapałki do przypalania.
Czekał, ale nie za długo. Ledwo uwyraź¬niła się droga odchodząca od Glinnika, a już na jej końcu zobaczył człowieka. Przymrużył oczy żeby przypatrzeć się do¬kładnie i w tej samej chwili przeraził się śmiertelnie. Nadchodzącym nie był ani Wiktoreczek z Popielaw, ani Opas z Wilkucic, ani Kufel spod Bukowa.
Nie to jednak przeraziło Kaczubę. Nawet do głupiego Smykowa czasem ktoś nadchodził. Ten jednak nadchodził do lipy, do wieszania. Najwyraźniej.
Poznać to można było po wszystkim, po czym się poznaje: pochyleniu głowy, stawia¬niu nóg, patrzeniu jak najbliżej siebie, żeby dopiero na chwilę przed śmiercią spostrzec trujące drzewo.
Tak nadchodził obcy.
W połowie drogi do Glinnika, można już było zobaczyć to czy tamto.
Mężczyzna miał jakieś trzydzieści lat, był de¬likatnej budowy i słabego zdrowia. To drugie rozpoznał Kaczuba po krótkim oddechu (by¬ła już ta pora, kiedy oddech mgli się w po¬wietrzu). Miał na sobie ciemny garnitur, a na nim jasne paletko. W ręku trzymał walizeczkę. Ukrywał chyba w niej ważne rzeczy, bo ściskał rączkę aż do białości. Walizka była z dobrej skóry, podobnie jak buty, którymi podnosił kurz z drogi.
Szedł, szedł, aż na koniec doszedł, posta¬wił walizkę i nie patrząc w oczy Kaczuby odezwał się grzecznie.
- Dzień dobry, panie Józefie.
Tak zaczęła się rozmowa, która miała po¬trwać tydzień i niewiele zmienić w życiu Józefa Kaczuby.
- Dzień dobry. A skąd zna moje imię? Prze¬cież obcy.
- Ja też Józef. Rozpytywałem...
- To mówić mu Józef, czy pan Józef? O co rozpytywał?
- Józef. Po imieniu, jak młodszemu. Nie mam jeszcze trzydziestki. O lipę.
- To znaczy, w sprawie wieszania ta wyprawa?
- Jeżeli pan pozwoli.
- Ja? A co ja mam do pozwalania? Drzewo tu nawet ważniejsze ode mnie. Ja tylko dodatek do drzewa...
- Dodatek do drzewa? Pięknie powiedziane. Soczyście i poetycko.
- Pan specjalista od słów?
- W jakimś sensie... ale po imieniu miało być.
-Teraz to ja się nie odważę. Pan mocny w słowie, a ja szanuję mocnych i nie jest ważne, w czym ta moc umieszczona.
Tu nastąpiło pierwsze milczenie. Obcemu zaszkliły się oczy. Sięgnął po walizeczkę, podszedł do drzwi, usiadł na progu, położył walizeczkę na kolanach i otworzył. W środku nie pokazała się żadna z ważnych rzeczy, których nadomyślał się Kaczuba prowadząc przybysza wzrokiem. Nie było tam ani koszuli, ani spodni, ani chusteczki, ani świętych obrazków.
Na płóciennej wykładzinie leżała niewielka, chuda, blada książczyna. Bystre oko Kaczuby dostrzegło tytuł: „Droga do...". Milczenie potrwało jeszcze przez chwilę. Kiedy minęła, obcy odezwał się niepełnym głosem:
- Całą moją moc pogrzebałem w tym dzieł¬ku. Można powiedzieć, że ta książeczka jest moją trumną. Odkąd ją napisałem, a potem wydrukowałem - nie potrafię już niczego. Literalnie niczego.
- Literalnie, to znaczy jak?
- Dosłownie. To znaczy - nie całkiem dosłow¬nie. Robię oczywiście to, co utrzymuje mnie przy życiu. Jem, piję, chodzę... ale nic więcej. Wegetacja. Nawet zdolność posiadania kobiet zatraciłem. No, wie pan... impotencja.
- Wiedzieć to nie wiem, ale różne rzeczy się słyszało...
-No właśnie...
-A ta „droga do" to właściwie dokąd droga?
-Czy ja wiem,..
- To znaczy, dokąd?
- Na razie doprowadziła mnie tu, do tej pana szubienicznej lipy. Przedkres... przystanek przed niewiadomym. Właśnie - „droga do"... Dokądś.
-A pisać dalej pan nie próbował?
- Czy pan głuchy, czy idiota?! No przecież to jest cały powód! Od jakiegoś czasu próbuję to panu wytłumaczyć. Powiesiłem się na tej pana pierdolonej lipie, bo nie umiem napisać drugiej książki!
-Wolnego! Smarkaczu. Jeszcze się nie powie¬siłeś i może nie powiesisz - bo zabronię! Niko¬mu nigdy -jak Boga kochani - nie zastawiłem drogi do mojej lipy. Nikomu! Ale już czuję, że ty będziesz pierwszy! Przepraszać mi tu zaraz, bo postronkiem grzbiet wygarbuję!
- Przepraszam.
- Przepraszam panie Józefie...
- Przepraszam... panie Józefie.
-No, tak już lepiej... Nie trzeba się unosić nawet w godzinę śmierci. A z tą twoją książką to może jest tak, że napisałeś wszystko, co najlepsze, lep¬szego nie będzie, to po co pisać dalej? Już napi¬sane. Pan Bóg na ten przykład, stworzył świat najlepiej i już nie próbuje więcej. Stworzone. No, wprawdzie sparszywiało przez te lata od stworzenia, ale na początku było doskonałe. Zresztą z tym pisaniem... Słowo zapisane i... martwe od razu. Łup na papier i...niczyje. Trup. Gówno warte takie słowo. Jak mówisz słowo, to ono idzie po powietrzu, trzyma się bo ma czego, żyje, opija się wilgoci, matowieje, albo przesycha w słońcu, dźwięczy... A po mgle jak idzie... Jak złoto, jak srebro, jak szkło. A nocne słowo, przed burzą, pod lasem... Powiesz, biegnie, odbija się, wraca. Żyje. A słowo odpowiedziane? Piękne słowo, bo - międzyludzkie. Wraca do ciebie przemienione. Wiem, co mówię, bo pomijając wisielców nikt tu ze mną nie gada. A kiedyś... gadało się. Takie słowo... rozmow¬ne, to prawdziwy skarb...
Kaczuba zawiesił głos i tak już zostało. Przyszła chwila drugiego milczenia. Ta była dłuższa od pierwszej, bo trwała równo godzi¬nę. Milczenie też było innego gatunku. Lepszego. Czuło się jego wzrastającą siłę, nasyca¬nie się czymś tkliwym i budzącym nadzieję.
Wkrótce rozmowa wróciła tak jak ode¬szła - ustami Kaczuby.
- A w miejscu skąd przychodzisz nie miałeś drzew? Trzeba było aż tu, do mnie? Ja wiem, moja lipa dobra, mądrze rosnąca, ale żeby ty¬le drogi... Skąd?
- Z miasta Łodzi.
- Z miasta Łodzi? Kawałek drogi...
- Mamy drzewa. To znaczy - są drzewa, ale ja żadnego poczucia przynależności do tych drzew - nie miałem. Zresztą nie tylko do nich. To jest kolejny powód z rzędu powodów śmiertelnych. Alienacja.,, no, wyobcowanie. A ta pańska lipa... Ja już nawet teraz wiem, że ona bardziej moja niż te wszystkie miejskie szubienice.
- No, teraz to powiedziałeś naprawdę pięk¬nie. Jak prawdziwy pisarz. Pięknie i mądrze. Tak właśnie jest z rzeczami w świecie. One są najpierw wszystkich, a potem... niczyje. Posłusznieją dopiero w obliczu c z e g o ś. Na przykład śmierci - tak jak w twoim przypad¬ku, albo na przykład... samotności, czy tej tam... miłości. Wtedy stają się twoje albo mo¬je. Powiesz: „moje drzewo". Gówno twoje. Umarłeś, a ono stoi. Czyje jest wtedy? Dalej twoje, kiedy ty już pomieszany z ziemią? Do drzewka trzeba się dodać życiem, albo odjąć się od niego. I tu już przybliżamy się do naj¬większej ważności pośród wszystkich waż¬ności świata. Siebie należy zobaczyć jako część przynależną, a nie całość oddzieloną. Napiszesz wtedy książkę z soku brzozowego, ze szreni przyziemnej, z łętowego dymu. Z wszystkiego. Tak mi się zdaje...
Po tych słowach Kaczuby zapadło trzecie milczenie. To było najdłuższe. Dotrwało z milczącymi aż do zmierzchu. Potem - dalej bez słowa - poszli spać. Kaczuba odstąpił obcemu swoje łóżko, sam zaś położył się na kozetce. Nie zapomniał o mo¬dlitwie. Odmówił ją w myślach, prosząc ko¬go się tylko dało o odpuszczenie grzechu pychy.
Następny dzień otworzył się jak kartka, w jakiej bądź książce. Kaczuba nie obudził się o siódmej rano, ale dwie godziny później. Pierwszym, co uczynił, było pospieszne spoj¬rzenie na łóżko i po odkryciu nieobecności pisarza - zamknięcie oczu.
Otworzył je dopiero po podejściu do okna. Nie spełniło się przewidywanie. Na lipie nikt nie wisiał. Kaczuba zobaczył zwyczajny dzień i zwyczajnego człowieka, dotykające¬go drzewa jak drzewa - nie jak szubienicy. Odetchnął z ulgą.
Wkrótce usiedli do śniadania, zjedli ja¬jecznicę, popili herbatą z cukrem, przegryźli pszenną bułką z masłem. Nie rozmawiali. Na rozmowę miał przyjść czas później.
Kiedy nadszedł, zasiedli do niej tak, jak po¬przedniego dnia - każdy na swoim miejscu.
Pierwszy odezwał się Kaczuba.
-A taką książkę to jakoś specjalnie się pisze?
-W jakim sensie?
-W każdym... Czy można zwyczajnie, z marszu, z drogi od innej roboty, czy raczej świątecznie, po nastrojeniu się? Drewno jak rąbię na przykład, to zwyczajnie, bez specjalnego namysłu, a nawet bezmyślnie. Nieuważ¬nie. A już z wypiekaniem chleba inna robota, bardziej świąteczna... Pamięta się oranie, sia¬nie, doglądanie, wyczekiwanie, zbieranie, mielenie. Pamięta się i stąd świąteczność ta¬kiej pracy. Z drewnem inaczej. Człowiek nie świadkował wszystkiemu...
- Czyja wiem... Raczej tak jak z chlebem. -A rzemiosło?
- To znaczy?
- To znaczy, to znaczy... Normalnie znaczy. Każde rzemiosło ma swoje narzędzia, swój porządek, swój plan...
- No tak. Plan jest potrzebny. To się nazywa struktura, taki schemat z początkiem, rozwi¬nięciem, środkiem i zakończeniem. Jeszcze kulminacja jest po drodze.
-A ta... kulminacja?
- To jest takie miejsce w książce, do którego zmierzają wszystkie wydarzenia. Płyną sobie strumykami, niespiesznie, leniwie, zabierają z brzegu to, na co natrafią, wzbierają w rzekę, ta się rozpędza... To coś takiego jak próg wodospadu. Potem już tylko woda spada w dół i... koniec książki.
-A nie może być innego planu? Oziminę sie¬je się jesienią, jare zboża wiosną, a zbiera się w tę sama porę. To samo, ale według różnych planów.
-Panie Kaczuba, struktura to struktura. Co ja tu mogę?
- No dobrze. Niech tak na razie zostanie. Ale odpowiedz mi na pytanie, czy drzewo ma strukturę?
- Ma, bez wątpienia,
- Czy to jest dobra struktura? -No... chyba tak.
- To ja ci powiem. Nie „chyba", ale na pew¬no. Drzewo stoi i stoi. Deszcz sieka, a ono stoi, wiatr miota, a ono stoi, człowiek się po¬wiesi - ono stoi. Mówić dalej?
- Mówić, mówić. To bardzo ciekawe.
- Drzewo ma pod ziemią ociupinkę siebie sa¬mego. Reszta nad ziemią. Tyle ciężaru, tyle mocy wobec tej ociupinki. I co? I nic. Stoi so¬bie. Gdzie w nim początek, rozwinięcie, śro¬dek, kulminacja, zakończenie? Ten początek i koniec to jeszcze by się znalazło, ale kulmina¬cja? Sam widzisz, że struktura dobra, chociaż inaczej zaplanowana niż w książce. Ja bym książkę pisał na obraz i podobieństwo drzewa. Inaczej lipową, inaczej brzozową, strzeliściej i bielej, inaczej... powiedzmy... dębową.
- No dobrze... Zgoda. Jak drzewa. Nawet mi się to podoba... inaczej dąb, inaczej brzoza...
- Bielej i strzeliściej, a dąb rozłożony szerokuśko...
- No dobrze, to już zrozumiałem. A bohate¬rowie, życiorysy, losy?
- Ludzkie losy?
- Ludzkie oczywiście.
- Ludzkie losy to leżą na podorędziu. A bo to Pan Bóg nie najlepszy pisarz? Ludzkie losy... Pełno ich dookoła. Wystarczy patrzeć i słuchać. Patrzysz trochę?

- Tak mi się wydaje...
-Tak ci się wydaje... No, jeżeli tak ci się wy¬daje, to ja rozumiem... że nie patrzysz.
- Może niezbyt uważnie. -A słuchasz przynajmniej?
Kaczuba spojrzał w oczy pisarza. Trzymał spojrzenie tak długo, póki nie zobaczył tej uważności, od której zaczyna się rozmowy najserdeczniejsze. Wtedy zaczął opowiadać o Wiktoreczku, Opasie, Kuflu, ojcu, matce, sobie samym i innych - żyjących, nieżyją¬cych, mądrych, głupich, dobrych, złych i bylejakich.
Opowiadał przez pięć kolejnych dni, ro¬biąc zwykłe przerwy najedzenie, spanie i za¬łatwianie drobnych spraw. Pisarz słuchał, zapisywał i zadawał pytania.
Siódmego dnia wstał z progu chałupy Józefa Kaczuby, podziękował grzecznie, po¬żegnał się i poszedł w powrotną drogę, nie oglądając się nawet na szubieniczną lipę.
Wkrótce napisał piękną książkę, zbudo¬waną tak harmonijnie jak najlepsze drzewo. Przysłał ją do Smykowa pocztą. Nim książka dotarła do Kaczuby, jesień przeszła bez wi¬sielców. Nie wiadomo dlaczego.

Anonymous
13-08-05, 18:53
Młodzi artyści tymczasem, młodsi od nas, bardzo młodsi nie wiekiem, nie ciałem, nie duchem, ale rzewnością tą! - rysowali nas, rozmawiając między sobą i śmiejąc się ładnie. Chłopcy zalecali się do dziewcząt, dziewczętom to się podobało, trzy pierścienie i dziewięć księżyców krążyło dokoła Saturna, połykając jak pestki niewiarygodne odległości. Nauczyciel chodził między nimi i pokazywał jak mierzyć perspektywę wyciągniętą przed siebie ręką, ołówkiem, kciukiem na ołówku, i przymrużonym jednym okiem. Niektóre dziewczęta do nas się zalecały. Grupkami, po dwie, po trzy podchodziły blisko na brzeg dołu i śmiały się krystalicznie. Chłopcy podchodzili z tyłu i wykrzykiwali: ale ładne! ale śliczne! Dziewczęta wtedy chowały swoje rysunki przyciskając bloki do piersi. Dobrze było, jak dobrze było pomyśleć, ze to przecież nas przyciskają, nasze pochylone głowy tam, do młodych, żywych piersi, do młodych bijących pośpiesznie serc. Niewysłowiona była to jedna z tych chwil. Niewysłowiona mówię, ta bliskość z dystansu, z odległości nieprzekroczonej, której nie trzeba było nawet przekraczać, tak dokładnie i bez reszty czułość moja wypełniała wszystkie zakamarki i luki przestrzeni. Przycisnąłem policzek do rękojeści, do styliska szpadla i tak trwałem. Jak długo tak trwałem? Ile? Minutę? Dwie? Czterysta lat? Coś koło tego. Mniej więcej.

- Ciekawe jak nas rysują – odezwał się w pewnej chwili Witek.
- Właśnie. Ze skrzydłami czy bez – powiedziałem zaczynając litanię.
- Z duszą na lewym ramieniu, czy na prawym – podjął zaraz witek i zaczeliśmy na dwa głosy.
- Na jasnym tle, czy na ciemnym.
- Czy na różowym.
- Czy przy szerokim weneckim oknie.
- Za oknem błękit, ultramaryna.
- Cyprysy.
- Gaje oliwkowe.
- Albo na tle samochodów nie kończące się schody.
- Schody Donikąd
- Albo w ogóle
- Realnie czy cendentalnie.
- Czy trans.
- We mgle, w poświacie bladoświecistej.
- W oparach buchających.
- Deformacjia, zapomnieliśmy o deformacji.
- Ogromne głowy, jak morenowe głazy unosza się w powietrzu.
- Oczy szeroko otwarte jak obręcze wozów.
- Jak młyńskie koła.
- Rzęsy jak tęcza.
- Fru-fru.
-Stopy w chmurach.
- Wyżej łąki.
- Na łąkach rozpuszczone jak deresze nasze myśli.
- Woda. Rzeka.
- Może lepiej jezioro.
- Staw.
- Tak. Staw. Basen.
- Dwa Baseny. Witek!
- Edmund, one sa połączone mostkiem.
- No widzisz, Witek. Widzisz! W jednym basenie pływa biały łabędź.
- Drugi Wysuszony. Dwóch facetów kopie w nim szpadlami.
- Wyrzucają muł na brzeg.
- Teraz nie kopią, przestali.
- Coś mówią.
- Jeden mówi: może zapalimy?
- Drugi Mówi: zapalimy!

Anonymous
26-08-05, 19:00
Wyszliśmy na brzeg i odeszliśmy kawałek na stronę. Któryś z nas wyjął papierosy i zapaliliśmy. Nauczyciel tymczasem zbierał od uczniów i uczennic rysunki, tu i tam ponaglając do ostatnich kresek. Powtórzył tez parę razy, żeby nie zapomnieć podpisać się. Żeby wiedział, czyje to dzieło jest czyje. Nie tak, jak dawniejsi niektórzy mistrzowie, którzy nie kładli pod obrazami swojego podpisu i teraz hula sobie światowa mafia koneserów i kustoszów muzealnych, przypisując jakiś obraz temu, o owemu.
- Poszli.
- Poszli.

My zostaliśmy. Drzewa zostały nad nami. Liście chybocąc w powietrzu jak monety rzucane na szczęście do fontann albo jak szalupy idące na dno, opadały od czasu do czasu wokół nas na trawę, na ścieżkę, na ławkę, na kolana, na ramiona, na głowy, nasze wyjrzałe, wynurzone, z dołu głębokości. Te z wyższych gałęzi liście, z galerii, balkonów i szczytu korony, spadając, ocierały się o listowie i niżej rozpostarte gałęzie i gałązki i to tak, jakby rozcierały się o siebie miłością niekłamaną dwa policzki dwu istot. Albo mówiąc trochę ogólniej to było tak, jakby się ocierały o siebie dwie planety, dwa astrale w jakimś zagubionym zakamarku tego, co się nazywa wszechświatem. Więc coś takiego, to był szelest.