Czyli:
Jak nie dać się wycisnąć niczym cytrynka


Nie będzie łatwą rzeczą opisać całą historię zachowując obiektywizm, niemniej jednak postaram się to uczynić.
Problemy zaczęły się już w dniu wyjazdu z kraju. Bałagan organizacyjny doprowadził do sytuacji w której na własnej skórze odczuliśmy to co czują sardynki w puszce. W Gdańsku do naszego samochodu w którym podróżowaliśmy we czterech (wraz z bagażami) dołączył do nas piąty człowiek. Rzekomo w Nyneshamn miał czekać na nas samochód, który miał odebrać od nas część bagażu odciążając nasze samochody i pozwalając na podróżować w „jako-takich” warunkach. Niestety, była to pierwsza bajka jaką nas uraczono...
Można powiedzieć, że z chwilą przekroczenia szwedzkiej granicy rozpoczął się „Doroczny Festiwal Niedomówień”
Już po kilku dniach, kiedy zapoznaliśmy się między sobą, na jaw wyszło, że każdy z nas ma inaczej sformułowany KONTRAKT. Wyglądało to w ten sposób, że w poszczególnych egzemplarzach brakowało niektórych fragmentów które z kolei posiadali inni. Poza tym już na „drugi rzut oka” zauważyć można było, że kontrakty te nie są zgodne z obowiązującym w Polsce Prawem Pracy!!! Oznacza to – ni mniej, ni więcej – żaden Prawnik tego kontraktu nie widział. Bo kto mądry pozwoliłby na zapis o utracie 50% , a po buncie (o którym będzie dalej) 100% wypracowanych pieniędzy w przypadku np. porzucenia pracy?!? Toć gdy w jakimkolwiek zakładzie porzuciłbyś pracę zarobione pieniądze dostaniesz do ręki. Jedyne co możesz stracić to premię...

Dalszy ciąg artykułu możecie przeczytać na http://miniportalik.oz.pl