Wyzwolenie w żółtej sukience na ramiączkach

Gdyby organizowano konkurs na najbardziej irytującą książkę przeczytaną w tym roku, nominowałabym do niego "Pod Mocnym Aniołem" Jerzego Pilcha.

Po raz pierwszy z "Pod Mocnym Aniołem" zetknęłam się zanim jeszcze ta książka została uznana za najlepszą publikację 2001 roku, a jej autor otrzymał statuetkę NIKE. Z zapartym tchem śledziłam pojawianie się coraz to nowych jej fragmentów w Onecie - czytałam i myślałam, że Pilch albo sam otarł się o koszmar uzależnienia, albo jest genialnym obserwatorem, skoro potrafił napisać coś tak prawdziwego. W pewnym momencie portal przestał jednak publikować kolejne części - chcesz się dowiedzieć, co było dalej, kup książkę! Nie kupiłam, akurat wtedy nie miałam pieniędzy.

Z całością miałam okazję zapoznać się całkiem niedawno. Do tego czasu zdążyłam wyrosnąć z młodzieńczej fascynacji problemami tzw. marginesu społecznego (co nie znaczy, że zjawisko alkoholizmu uznaję za marginalne w naszym społeczeństwie - wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że zatacza ono coraz szersze kręgi). Opuściło mnie też zaszczepione przez romantyków, a kultywowane przez hollywoodzkich producentów przekonanie, że miłość wszystko zwycięża. Nic dziwnego, że mój odbiór powieści Pilcha był teraz całkiem inny niż przed laty.

Realistyczne opisy alkoholowego ciągu zostały w niej zneutralizowane zupełnie nieprawdopodobnym sposobem wyjścia z nałogu. "... kiedy usłyszałem Twój głos, kiedy zobaczyłem Ciebie po raz pierwszy, zrozumiałem, że czarny sznurek, który coraz ciaśniej zaciskał się wokół mego karku - nie ma szans - pęknie." "Kiedy mówię, że porzucam mój nałóg dla Ciebie, mówię prawdę. Kiedy mówię, że porzucam mój nałóg dla nas, mówię prawdę. Bo mnie nie ma bez Ciebie, bo mnie nie ma bez nas." A ja nie wierzę. Nie porzuca się uzależnienia dla kogoś, robi się to dla siebie.

Miłość, cóż... kluczową rolę w stanie zakochania odgrywają pochodne fenyloetyloaminy, których wydzielanie się w mózgu powodują pozytywne emocje. Z czasem jednak organizm coraz bardziej się do nich przyzwyczaja. W efekcie przyjemne doznania, jeszcze niedawno wywoływane przez spojrzenie, głos, dotyk, a nawet samo wyobrażenie ukochanej osoby, wyraźnie słabną. Uniesienie mija. I co wówczas? Flaszka do ręki i czekamy na kolejne urzeczywistnienie naszych marzeń w żółtej sukience na ramiączkach?

Prof. Maria Janion wręczając Pilchowi nagrodę stwierdziła, że po mistrzowsku gra on z tradycją powieści pijackiej "dowodząc, jak autokreacja alkoholika bliska jest opowiadaniu siebie przez pisarza". Jest to powieść nie tylko o piciu, ale również o pisaniu. Może nawet przede wszystkim o pisaniu, które uzależnia nie mniej niż alkohol... Dla Jurusia przecież opisanie picia okazuje się problemem nieporównywalnie ważniejszym niż samo picie.

A miłość? Ona go wyzwala nie tylko z nałogu picia ("Ktoś we mnie nie boi się zielonkawych oceanów żubrówki, brunatnych jezior gorzkiej żołądkowej, nie boi się przezroczystych rzek czystego spirytusu - już jest na brzegu."), ale także z nieprzezwyciężonego - zdawałoby się - przywiązania do słów ("Nie boję się nienapisanych książek..."). Chyba dlatego właśnie tak dobrze zapowiadająca się powieść ma tak irracjonalny koniec. Pilch prowadzi z nami kunsztowną grę. W barokowo-groteskowym stylu pokazuje wyzwolenie się z chęci tworzenia, wywołując tym w czytelniku najrozmaitsze (nie zawsze pozytywne) uczucia.